Alternative life – muzyka, ciuchy i tatuaże

Przeglądasz archiwa podpisane " Jazz".

Profile photo of Chytek

by Chytek

Many Loves Ska-Jazz – Dreamlike

4 kwietnia 2015 in Muzyka

coverJestem sobie w stanie wyobrazić wojnę, podczas której burza mózgów wyłania z mniej lub bardziej owocnych pomysłów nazwę zespołu i zaczyna nią sygnować swoje kompozycje. W przypadku tego zespołu ta nazwa mnie uderzyła obuchem w łeb i nazwę to po imieniu – wybrano chyba najsłabszy pomysł.
Zrażony nazwą postanowiłem zobaczyć co się za nią kryje, a tutaj jest już zupełnie inaczej. Many Loves Ska-Jazz na albumie „Dreamlike” przygotowali osiem świetnych kompozycji zamkniętych w (a jakże) stylistyce łączącej ska z jazzem (takie to nieprzewidywalne). O ile mogę się ponaśmiewać z nazwy, która zupełnie mi nie leży, o tyle muzycznie ciężko się czegoś uczepić. Kompozycje są spójne, świetnie zagrane i dobrze się ich słucha. Łatwo wczuć się w orkiestrowy klimat, oderwać od rzeczywistości i zagubić w dźwiękach. Album brzmi czysto, nie ma potknięć i wyraźnie czuć, że robią to co lubią. Muzyczne kompozycje pozbawiono słów, co sprawia, że dostajemy świetną, instrumentalną płytę trwającą blisko czterdzieści minut. Jeśli zatem i was zrazi nazwa – nie przejmujcie się tym, porzućcie opory i dajcie się wciągnąć w ten zaczarowany świat, a nie będziecie zawiedzeni. Mistrzowskie brzmienie moich ukochanych dęciaków to sam miód i coś co sprawia, że będę teraz uważniej rozglądał się za kolejnymi nagraniami ekipy kryjącej się za tą głupią nazwą, szczególnie, że jest to prawdziwa uczta dla fanów tego typu grania.

Profile photo of Chytek

by Chytek

The Man – The Man

21 stycznia 2015 in Muzyka

coverPrawdą jest, że łatwo nam zapamiętać nazwę kapeli, a już znacznie trudniej jej skład, dlatego zapewne Tatsuyuki Hiyamuta większości osób nie powie zupełnie nic. Ten człowiek to jednak ważna postać na muzycznej scenie Japonii, do roku 2008 należał do składu tworzącego Tokyo Ska Paradise Orchestra i budował zespół od początku jego istnienia.
We wspomnianym już 2008 roku pożegnał się z TSPO, co spowodowane było kontuzją, a teraz powraca z nowym projektem muzycznym. The Man ucieszy wszystkich fanów TSPO, bo Hiyamuta nie ucieka od charakterystycznego dla nich ska. Odnajdziemy się w znajomym środowisku dźwiękowym, kojarzącym się z jego wcześniejszą twórczością, podanym w świetnej instrumentalnej formie. Płyta jest różnorodna, ale jednocześnie spójna, tworząca ciekawą całość. W przeciwieństwie do wielu albumów nie zaczyna się szybką kompozycją – The Man pozwalają nam się najpierw osłuchać ze sobą, by eksplodować prawdziwą szybkością dopiero w „Gabba Gabba Hey” i później w „Let Me Burn”. Instrumentalnie to bardzo wysoki poziom i nie sposób tego nie zauważyć, gdyż płyty słucha się z ogromną przyjemnością od samego początku. Muszę przyznać, że w momencie kiedy przesłuchałem album pomyślałem od razu, że tego człowieka brakowało w muzycznym świecie, a płyta udowadnia to w silny i zdecydowany sposób. Z pewnością zachwyceni będą fani dotychczasowej twórczości Tatsuyukiego, ale i każdy fan ska nie będzie zawiedziony. Album to przede wszystkim podróż instrumentalna, a momenty gdy pojawia się wokal są raczej uzupełnieniem, które nie ma zakłócać odbioru dźwięków.

the man

Profile photo of Chytek

by Chytek

The Gramophone Allstars Big Band – Jazzmaica

20 listopada 2014 in Muzyka

coverStało się. Kolejna płyta oczarowała mnie całkowicie, a co więcej – uczyniła to dosłownie każdym kawałkiem, który się na niej znajduje. Od pierwszych chwil słuchałem jak zahipnotyzowany i chłonąłem wszystkie dźwięki. Muszę przyznać, że „Jazzmaica” ląduje na półce z bardzo wysoką notą i nie prędko zapomną o niej moje głośniki. O ile w ogóle im się to uda.
The Gramophone Allstars sięgają korzeniami do 2008 roku, ale dopiero teraz udało im się tak mocno do mnie dotrzeć. Nie chodzi o to, że ich wcześniejsza twórczość była zła – nie, była całkiem dobra, ale album „Jazzmaica” to prawdziwa muzyczna perła. Nie ukrywam, że w ska czy jazzie pociąga mnie niezmiennie sekcja dęta i zwracam na nią wielką uwagę. Tutaj nie sposób przeoczyć faktu, że dęciaki brzmią kapitalnie, zresztą całe instrumentarium to dzieło najwyższych lotów. Niedawno pisałem o nowych nagraniach New York Ska-Jazz Ensemble i było w nich bardzo mocno czuć ska. Tutaj jest trochę inaczej – album brzmi jakby jazzowa orkiestra nałykała się soulu, funku (szczególnie w ostatnim kawałku), R & B, krążyła gdzieś po Jamajce, ale mimo wszystko najbliżej jej do amerykańskich standardów jazzowych. Piętnastu muzyków brzmi jakbyśmy słuchali prawdziwej orkiestry gdzieś w magicznych ścianach filharmonii, i nie sposób od tych kompozycji się uwolnić. Te kawałki, które wzbogacone zostały o żeński wokal, nie tracą na tym – śpiew nie tylko nie ujmuje niczego kompozycjom, ale staje się ich integralną częścią. Doskonale współgra i prowadzi nas przez dźwięki. Ta płyta absolutnie nie ma się czego wstydzić i chciałbym, żeby dla wielu mniej doskonałych muzyków stała się drogowskazem w stronę którego warto zmierzać.

Profile photo of Chytek

by Chytek

New York Ska-Jazz Ensemble – Free As A Bird

6 listopada 2014 in Muzyka

coverKiedy dzieje się coś w muzycznym obozie weteranów, ucho samo kieruje się w jego stronę i wyłapuje dźwięki. W powietrzu wisi strach przed tym czy nowe zdoła obronić się przed tym co już znamy i cenimy.
New York Ska-Jazz Ensemble to niewątpliwie weterani, w dodatku tacy, którzy na swoim koncie mają masę niezaprzeczalnych hitów. Mały singiel „Free As A Bird” stał się dla mnie tą chwilą niepewności, na szczęście tylko przez chwilę.
Od pierwszego utworu brzmią świetnie – da się wyczuć nie tylko obycie muzyczne, ale chyba przede wszystkim kolejne pokłady pomysłów na nowe kompozycje. Tytułowy „Free As A Bird”, który rozpoczyna album, odpaliłem po raz pierwszy w samochodzie, w drodze do pracy, i od samego początku mnie oczarował. Nakarmił mnie energią na cały dzień i sprawił, że mam za sobą już kilkanaście odtworzeń tego singla. Znajdziemy na nim zarówno kompozycje muzyczne z wokalem, jak i te pozbawione go całkowicie. Zarówno jedne jak i drugie są wyjątkowe. Kawałki złożone tylko z dźwięków pozwalają nam mocno docenić cały techniczny warsztat zespołu, te z wokalem brzmią najzwyczajniej dobrze i spójnie. Singiel składa się z sześciu numerów, trwających lekko ponad dwadzieścia minut i nie ma dla mnie słabych momentów. Co więcej, doskonale spełnia swoje zadanie – rozpala apetyt na dużą płytę. Oczywiście podkreśla też doskonałą kondycję kapeli i hipnotyzuje kompozycjami do tego stopnia, że właśnie odtwarzam go kolejny raz.

Profile photo of Chytek

by Chytek

Tokyo Ska Paradise Orchestra Feat. 10-Feet – Senkou

10 stycznia 2014 in Muzyka

coverKiedy dochodzi do współpracy muzyków zaangażowanych w odmienne projekty może z tego wyjść całkiem strawny twór. Może też wyjść klapa i wtedy najlepiej przemilczeć taki fakt i czym prędzej o nim zapomnieć. Bywa też tak, że usunięcie tego z pamięci przychodzi z trudem, albo i tak, że za nic w świecie usuwać nie chcemy.
Tokyo Ska Paradise Orchestra uwielbiam niemal fanatycznie, mam wszystkie albumy, single, kilka koncertowych dvd i wiecznie mi mało. Z radością więc powitałem nowy singiel, ale z lekką obawą dostrzegłem towarzyszący mu przypis „feat. 10-Feet”. Singiel ten to cztery utwory – jeden w dwu wersjach – z wokalem i instrumentalnej, o którym za chwilę, wariacja na temat utworu z filmu „Mission Impossible” z mocniejszym brzmieniem gitar, i jak dla mnie najlepszy z całej płyty, znów instrumentalny, „Tsuki Ni Hoeru”. O ile po utworach pozbawionych przypisu „feat…” wiemy czego się można spodziewać i nie ma zawodu, o tyle utwór w towarzystwie rockowego 10-Feet jest już dla mnie zagadką. Nie jest w całości zły, ale aż razi jedno okropne wejście stylizowane na cholera wie co i za nic w świecie nie jest mnie w stanie ani porwać, ani do siebie przekonać. Poza nim jest znośnie, chociaż bez większego szału. Nie zmienia to jednak faktu, że to dobry singiel, który sprawił, że nie chcę poznać twórczości grupy 10-Feet.

tokyoska

Profile photo of Chytek

by Chytek

Dave Hillyard Presents California

8 stycznia 2014 in Muzyka

dave hillyardKażdy dzień pozbawiony pasji, to dzień którego przeżywanie nie będzie pełne. Będzie toczyć się do przodu, bo inaczej ten życiowy pociąg się nie porusza, ale będzie mu brakować prędkości i tej całej magicznej, niezwykłej otoczki zamkniętej w chwilach pełnych euforii. Odnajdywanie jej jest jak zbieranie najlepszych owoców i rozkoszowanie się nimi bez końca.
Ten cały wywód na temat pasji pasuje do albumu Dave’a Hillyard’a „California”. Fanom postaci tej przedstawiać nie trzeba, dla mniej wtajemniczonych dodam, że człowieka tego kojarzyć możecie z The Slackers. Ale ten album to coś więcej – to nie tylko ta postać, bo mamy tu do czynienia z muzykami chociażby Hepcat czy Expanders, a cały album brzmi mistrzowsko. Jest bardzo spójną kompozycją, która pozwala nam na odbycie podróży przez różne muzyczne wpływy. Znajdziemy więc rzeczy charakterystyczne dla reggae, ska czy rocksteady ale również dla jazzu. Każdy utwór jest w pełni dopracowany i czuć, że poddajemy się zaplanowanej wyprawie przez dźwięki – każdy krok jest inny, ale jednocześnie nie na tyle, by wyrwać nas z tego bardzo spójnego tworu. Wreszcie czuć tu wspominaną pasję, znać, że album powstał z miłości do dźwięków i jest niesamowicie udanym dzieckiem tych wielkich muzyków.

Profile photo of Chytek

by Chytek

The Oldians – Downtown Rock

13 sierpnia 2013 in Muzyka

CoverNie będę ukrywał, że na tę płytę czekałem niecierpliwie, bo poprzednie nagrania katalończyków robiły na mnie wrażenie. I co? I dostałem to czego się spodziewałem, czyli album, który nawet zimą pozwoli przywołać nam niedawne sierpniowe upały.
„Downtown Rocks” to czwarty album w karierze zespołu,  muzyka na nim zawarta to magiczne połączenie jazzu, ska i rocksteady. Słychać, że dźwięki mocno czerpią z tradycji jamajskiego grania, a sprawność muzyków sprawia, że dostajemy produkt profesjonalny pod każdym względem. Odnoszę wrażenie zresztą, że nie ma tutaj ani cienia przypadkowości, każda kompozycja zaplanowana jest z ogromną pieczołowitością od początku do samego końca. Płyta jest spójna, nie ucieka nagle w jakimś niespodziewanym kierunku, tylko prowadzi nas niezwykle łagodnie. Jest to w stu procentach dojrzały album świadczący o wysokiej klasie The Oldians, a kawałki przyprawione niesamowitym wokalem pani Leire Extarri, to takie małe dzieła sztuki.

Przejdź do paska narzędzi